Moi kochani!
Pewnie zastanawiacie się czemu dawno nic nie pisałem. Otóż byłem zajęty, bo odwiedziła mnie osoba, której wizyty najmniej się mogłem spodziewać - dziadek Andrzej! Dziadek dzielnie zniósł lot i był u mnie już w środę w nocy. Jak rano go zobaczyłem, to nie chciałem nawet ubrać pieluchy i rozpłakałem się, bo chciałem do niego od razu na ręce! Przyjechał na dłuższy czas, więc mama już zwariowała z radości wyobrażając sobie długie spanie rano, moje i dziadka spacery bez jej udziału i nasze zabawy...
W czwartek oprowadziliśy dziadka po głównej trasie spacerowej. Niektóre fragmenty trasy trzeba było powtórzyć dwa razy. Pierwszy raz szukając książeczki "Na wyspach Bergamutach", którą wywaliłem z wózka. Potem wywaliłem czapkę. Mama biegała jak szalona i szukała. Niestety nadaremnie. Dlatego spacer piątkowy oprócz wycieczki po jabłka i banany, minął głównie na poszukiwaniach nowej czapki. Nie za grubej, nie za cienkiej, nie ze sztucznego materiału, najlepiej granatowej i najlepiej do 5 euro. Po godzinie udało się znaleźć 2 czapki spełniające kryteria plus kaszkiet, który jeszcze jest za duży, ale na wiosnę będzie jak znalazł.
Czapki są w praniu, ale mama wygrzebała czapkę baranka po Majusi i właśnie w niej ostatnio spaceruję. Dziś na spacerze też ją wyrzuciłem z wózka i ani mama, ani tata ani dziadek tego nie zauważyli. Na szczęście w drodze powrotnej dziadek zobaczył, że ktoś powiesił ją na rynnie, więc groźba mamy, że będę jeździł w wózku przodem do niej chwilowo oddalona :)
Ale nie o czapkach chciałem pisać, tylko o tym jak dziadek się ze mną super bawi i cały czas mnie nosi na rękach. A dziś rano jak mama wyrzuciła nas z domu, bo chciała odkurzać jeździł ze mną autkiem po okolicy. (Na zdjęciu nr dwa robimy obrażone miny).
Niestety piękne rzeczy nie mogą wiecznie trwać. Plany dziadka zmieniły się szybko jak irlandzka pogoda i już jutro rano dziadek opuszcza nas, bo kontynuuje są przygodę na sąsiedniej wyspie. Dziadek nie martw się, przy biletach za 18 euro, już niedługo planujemy Cię tam odwiedzić.
Niestety przez na prawdę skandaliczną pogodę nie udało się zbyt wiele pozwiedzać w Galway, ale zrekompensowaliśmy to zabawami w domu.
3 komentarze:
Dziadek Andrzej to typowy biznesmen i dlatego przenosi się na sąsiednią (choć trochę większą) wyspę, zapewne do tzw. Lądka (czy może Londka?) Wygląda zatem Antoś na to, że to jednak ty będziesz tradycyjnie musiał go odwiedzać, chociaż tym razem już nie w Pekinie:-). Ale i tak zdążyłeś się z nim mocno wyszaleć w tych paru dniach. A może dziadek Andrzej miał dość ciągłego szukania części garderoby, które rozrzucałeś w czasie wędrówek po Galway:-)?
I jak tu wierzyć dziadkowi,miał być w Galway bawić się z Antkiem a tu masz,poczuł wiatr w żagle i Antka opuszcza. Życzymy dziadkowi Andrzejowi dużo wrażeń na sąsiedniej wyspie:))))
Oddawac bajanka! :) Mamo kup mi capke jakiegoś bajdziej męskiego zwieza tygjysa, ajbo niedzwiedza, a nie bajanka! :)
Prześlij komentarz