Trochę taki bidny ten piknik był, bo nieplanowany, więc oprócz biszkoptów i kowrigów za bardzo nic nie było do jedzenia (oprócz cycka). Ale pogoda dopisała tak, że mój obiad przesunął się na później, zjadłem po prostu lancz (od mamy) i poszedłem spać w wózku, a mama miała chwilę relaksu.
Przed spaniem poćwiczyłem wstawanie: góra dół, góra, dół.
A także pozowałem do zdjęć, kolejno: zaciekawienie, radość, smutek, złość, zaduma...
1 komentarz:
Antoś, nie przejmuj się tym, że jedzenie nie było zbytnio urozmaicone. Grunt, że słoneczna pogoda dopisała (co widać m.in. po opalonych stopach), no i ta niepowtarzalna irlandzka zieleń trawy... A mnie się wydaje, że Ty na tej trawie sobie wstajesz bez wspomagania się czymkolwiek i wyglądasz przy tym przeuroczo.
Prześlij komentarz